Bo przecież wszyscy skrycie wierzyliśmy, prawda? Niekoniecznie wszyscy życzyli Leo Messiemu złota – upodobania kibiców są rozmaite – ale zakładaliśmy, że TO może się zdarzyć.

Zakładali nawet ci, którzy patrzyli, jak szkaradny futbol uprawiają jego rodacy w eliminacjach i jak lider wciąga ich na turniej w ostatnim meczu, z Ekwadorem, niemal w pojedynkę. I ci, którzy zobaczyli wiosenne 1:6 z Hiszpanią. Ci, którzy dostrzegali w argentyńskiej kadrze szokującą, niespotykaną nigdzie indziej, w żadnej reprezentacji, dysproporcję między klasą napastników a klasą pomocników, obrońców i bramkarzy. Którzy nie ufają drużynom posyłającym na newralgiczną pozycję piłkarzy zatrudnionych w lidze chińskiej (Javier Mascherano), pamiętając, że kiedy przed czterema laty spróbowała tego chwytu Brazylia, to ocknęła się przy stanie 0:7 w półfinale z Niemcami. Którzy przyglądali się taktycznej szamotaninie Jorge Sampaolego. Słuchali doniesień o osobliwej relacji między trenerem a Messim, ponoć lekceważącym naturalną hierarchię i podejmującym kluczowe decyzje personalne.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej