Mundial czasami zdarza się piłkarzowi raz w życiu, a czasami wcale. Słowa prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, który akurat przeżył tę przygodę aż trzykrotnie, powinny służyć reprezentantom za motto.

Inni uczestnicy turnieju podobni do nas – bez dorobku, z aspiracjami – chyba również tak myślą, bo na rosyjskich boiskach nie tyle grają, ile toczą wojny. Islandczycy z Argentyną, Meksykanie z Niemcami czy Szwajcarzy z Brazylią, a także Peruwiańczycy i Duńczycy zasuwali tak, jakby jutra nie było, w tempie obłędnym, spotykanym jeszcze chyba tylko w późnych rundach Ligi Mistrzów, w której teoretycznie uprawia się futbol o zdecydowanie większej intensywności niż w rywalizacji drużyn narodowych. A jednak. To nie bezrefleksyjnie powtarzane komunały, mistrzostwa świata naprawdę stanowią wyzwanie ponad wszystkie inne, na rosyjskich stadionach to widać, słychać i czuć.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej