Gdybyśmy obwołali go obrońcą numer jeden minionego sezonu ligi włoskiej, zapewne odezwaliby się znawcy proponujący alternatywne nazwisko, ale niekoniecznie mieliby rację. 195-centymetrowy wielkolud (fani wołają na niego „K2”) miał olbrzymi wkład w rewelacyjny sezon Napoli, które było bliskie odzyskania mistrzostwa Włoch – po niemal trzech dekadach – ale straciło impet na samiutkim finiszu.

Koulibaly okazał się centralną postacią wszystkiego, co najlepsze i najgorsze. Najpierw w Turynie kontrolował swoje pole karne (nie pozwolił oddać Juventusowi strzału, nie zdarzyło się na tamtym stadionie od lat!), ale to mu nie wystarczyło, postanowił podbić także wrogie. I w ostatniej akcji wybił się w powietrze, uderzył głową, wbił zwycięskiego gola. Neapol oszalał, fetował triumf jak tytuł.

Tydzień później Senegalczyk ujrzał czerwoną kartkę już w szóstej minucie gry, goście przegrali we Florencji 0:3, praktycznie stracili szanse.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej