Piłkarze zbierają się pośrodku boiska, stają w kółku, przyklękają. Modlitwą poprzedzają każdy trening; sprawdzam potem, że Senegalczycy są najbardziej religijnym narodem na kontynencie, na którym generalnie blisko 98 proc. ludzi deklaruje, iż wiara stanowi najwyższą wartość w ich życiu.

Na trybunkach wrzawa. Spontaniczna, bo ze dwie setki dzieci ściągniętych ze szkół skanduje nazwisko skrzydłowego Liverpoolu Sadia Manégo. I moderowana, bo chwilę potem uczniowie witają piłkarzy zielono-żółto-czerwoną kartoniadą. Odruchowo pytam, ilu fanów przyjedzie na mundial z Senegalu.

– Około 150, za tylu zapłaci nasz prezydent, może jeszcze grupka na własną rękę – wyjaśnia Diégane Sarr z „Le Soleil”, najstarszego dziennika w Afryce subsaharyjskiej. – Kraj jest biedny, podróż droga, Rosja leży daleko. Stowarzyszenia kibiców wyselekcjonowały osoby, które będą dopingować drużynę za pieniądze państwa. Dołączą do nich emigranci z Europy, ale raczej nieliczni. Senegal będzie przeżywał mundial w kraju. Mecze na pewno obejrzy każdy, namiętność do piłki dosięga wszystkich.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej