W piątek rozszalał się Cristiano Ronaldo, który niemal w pojedynkę zatrzymał wspaniałą Hiszpanię, więc w sobotę rozdeptać Islandię miał obowiązek Messi. Taki dziejowy zakręt w futbolu, wyścig nigdy nie ustaje, na tym wirażu wyprzedzanie jest wręcz zalecane.

Trafił jednak Messi fatalnie. Nie tylko z rzutu karnego, gdy nadał piłce kierunek bodaj najbardziej sprzyjający bramkarzowi – nic nowego, on w karierze partaczy ten banalny element gry szokująco często. Trafił Argentyńczyk fatalnie i dlatego, że Islandczycy wyrośli na naczelnych w piłce urwisów, którzy upatrzyli sobie rozrabiać właśnie wtedy, gdy stają przed nimi wielkie piłkarskie nacje.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej