– Idź. Pokaż światu, że jesteś lepszy od Messiego – mówił niemiecki selekcjoner do rezerwowego Mario Götzego niedługo przed 90. minutą finału ostatniego mundialu. W drugiej połowie dogrywki Götze strzelił gola, który dał Niemcom zwycięstwo z Argentyną, czwarte mistrzostwo świata i pierwsze złoto na wielkim turnieju od 18 lat. Löw w końcu triumfował, nie musiał już słuchać, że efektowna i szybka gra to za mało, skoro daje tylko srebrne i brązowe medale.

Dziś sytuacja jest zupełnie inna. Niedawno 58-letni selekcjoner przedłużył umowę do 2022 r., w Rosji będzie się już ścigał z historią. Po wojnie żaden trener nie obronił mistrzostwa świata, przed wojną osiągnął to tylko selekcjoner Włoch Vittorio Pozzo.

Löw na mistrzostwach świata oprócz złota wziął także brąz w 2010 r., na mistrzostwach Europy był drugi i dwukrotnie trzeci. Wystarczy, by stawiać go obok wielkich rodaków: Seppa Herbergera, który wygrał MŚ w 1954 r., Helmuta Schöna, który z MŚ przywiózł złoto (1974), srebro (1966) i brąz (1970), a z mistrzostw Europy – złoto i srebro, i Franza Beckenbauera – trenera mistrzów świata z 1990 r. oraz wicemistrzów z 1986 r.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej