Z mistrzostw rozgrywanych w mrocznym roku 1982 pamiętam niewiele, skrawki meczów i chwil nie dłuższych niż mgnienie oka, ale tamta uwaga wryła mi się w pamięć jako bodaj pierwsza w życiu złowroga, prawie apokaliptyczna – mogę przekręcać dzisiaj słowa, które padły, ale emocji i zaschniętego gardła nie przekłamuję, zamarłem przerażony, przybity, zdezorientowany. Bramka Smolarka była wybawieniem, to prawdopodobnie wówczas dojrzewałem do oczywistej konstatacji, że mundial zasłania resztę świata, wprowadza ją w stan tymczasowego zawieszenia, że niczego bardziej doniosłego człowiek nie doświadcza. Następny turniej, imienia niebłogosławionego Maradony, oglądałem już świadomie i pochłonięty dziecięco maniackim studiowaniem atlasów geograficznych, więc zacząłem wzbierać dodatkowo przekonaniem, iż z powodu futbolowych igrzysk cała ludzkość rzuca w diabły wszystkie inne zajęcia. Tę intuicję przez lata wzmacniały powielane w nieskończoność doniesienia, jakoby przed transmisjami piłkarskimi zasiadała publiczność miliardowa albo wręcz ponadmiliardowa – krążą do dzisiaj, co wynika z ignorancji, głównie nieumiejętności interpretowania liczb.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej