„Debiutanta Jakuba Błaszczykowskiego ponosiła młodzieńcza fantazja i trenerowi Pawłowi Janasowi wystarczyło cierpliwości na 45 minut” – pisaliśmy w „Wyborczej” 29 marca 2006 r., dzień po wygranym 2:1 sparingu z Arabią Saudyjską. Reprezentacja przygotowywała się do mundialu w Niemczech, mecz w Rijadzie był – znów cytat – „szansą dla rezerwowych w zagranicznych klubach, by pograć, a dla reszty – by pokazać selekcjonerowi, że warto ich wziąć na mistrzostwa”.

Oprócz Błaszczykowskiego debiutował wówczas Łukasz Fabiański. Trudno powiedzieć, czy wykorzystali szansę, bo ówczesnemu skrzydłowemu Wisły wyjazd na mundial uniemożliwiła kontuzja, a bramkarz Legii pojechał do Niemiec jako trzeci golkiper.

Na kolejną szansę występu na piłkarskich igrzyskach obaj czekali 12 lat. Reprezentacji jadącej na wielki turniej z realną – bukmacherzy widzą w Polakach drugą najmocniejszą drużynę grupy po Kolumbii – szansą na awans do 1/8 finału wypatrywali jeszcze dłużej. Musieli wytrwać do momentu, aż polski futbol przestanie być zaniedbanym podczas transformacji nieużytkiem, nauczy się ich wykorzystywać, stworzy warunki, w których zaczną grać na miarę swoich możliwości.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej