Rafał Stec, Michał Szadkowski: Kiedy zamarzył ci się występ na mundialu?

Robert Lewandowski: To był czas transferu do Lecha Poznań, 2008 rok. Choć w sumie nawet wcześniej. Końcówka pobytu w Zniczu Pruszków. Już wtedy docierały sygnały, że obserwuje mnie Leo Beenhakker. Kto wie, może gdybym grał ligę wyżej, powołałby mnie na Euro? To był właśnie moment, kiedy po raz pierwszy zamarzyłem o mundialu. A nawet nie tyle zamarzyłem, ile zwyczajnie uwierzyłem, że mogę kiedyś na nim zagrać.

Jesteś wychowany w kulcie mundiali? Zdajesz sobie sprawę, że to nimi jest pisana historia polskiej piłki? Rokiem 1974, 1978, 1982?

– W tamtych czasach rozgrywki klubowe nie były aż tak popularne, tak ważne, jak dzisiaj. Do 1990 roku były jedynymi najważniejszymi, jeszcze nie uruchomiono komercyjnej Ligi Mistrzów, która stała się konkurencją. Ale mundial zachował tę przewagę, że zdarza się raz na cztery lata, jak zawalisz, to nie się tego szybko naprawić. To coś specjalnego, dopiero dzięki występom na mistrzostwach świata ludzie cię zapamiętują. I mam nadzieję, że my też zostaniemy w ich pamięci na zawsze.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej