Szef światowej federacji Gianni Infantino, który miał ją wysprzątać po pazernym, wypędzonym w niesławie Seppie Blatterze, przedstawił wizję rajskiej przyszłości. Ośmiozespołowe klubowe mistrzostwa świata – dotychczas niezbyt prestiżowe, nędznie obsadzone, wciśnięte gdzieś na grudzień – zamierza rozdąć do 24 zespołów, uszlachetnić gwarantowanym udziałem historycznych potęg, rozgrywać w czteroletnim rytmie mundialowym, począwszy od 2021 r. Ponadto urodzony w Szwajcarii włoski szef wszystkich szefów wymarzył sobie Globalną Ligę Narodów, czyli rozgrywki reprezentacji narodowych, co dwa sezony wieńczoną turniejem finałowym, który reklamowano by jako „mały mundial”.

Gdyby jego fantazje urzeczywistnić, kalendarz już przeładowany ważyłby o kolejnych kilka ton więcej zgodnie z uniwersalnym przykazaniem maksymalizacji wszystkiego – piłkarze niech kopią osiem dni w tygodniu, klienci konsumują transmisje 26 godzin na dobę, sponsorzy obłapiają nas nawet dłużej, publice należy przy tym wmówić, że zazna wyłącznie wydarzeń megahitowych, nie do przeoczenia. Wszystko w podniosłym celu pomnażania zysków, Infantino podsuwa konkretną kwotę 25 miliardów euro do rozdania w ciągu 12 lat, które pewni biznesmeni przeleją za 49 proc. udziałów w przedsięwzięciu, pakiet kontrolny zostawiając oczywiście w rękach FIFA. Inwestorzy z Arabii Saudyjskiej oraz, w mniejszym stopniu, ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, ale nie tylko, oni jedynie współposiadają największy na planecie technologiczny fundusz inwestycyjny prowadzony przez SoftBank, japońską instytucję finansową kierowaną z kolei przez niejakiego Masayoshiego Sona.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej