Sam Jürgen Klopp, wypytywany w Kijowie o główny atut drużyny, również zdawał się przedkładać relacje międzyludzkie nad kwestie techniczno-taktyczne, rzucił mianowicie sportowe zaklęcie, którego od lat nie umiem przełożyć na polski. To słowo „spirit”, u nas tłumaczone zazwyczaj jako „duch drużyny” (choć trener wcale nie mówił o „team spirit”), ale ja wolałbym chyba „duszę”, może także „natchnienie” lub „wenę”, ewentualnie „serducho”, czyli wszystko niepoprawnie, nie całkiem adekwatnie i w ogóle bez sensu, dwie angielskie sylaby trzeba by chyba tu zastąpić całym konglomeratem polskich sylab. W tym konkretnym przypadku można też Kloppowi przerwać i objaśnić, że naczelną zaletą Liverpoolu jest Klopp, naturalnie narażając się na jego gniewną reakcję, ponieważ niezmiennie trzyma się on zasady, że osobiście odpowiada za wszelkie niepowodzenia, natomiast wszelkie sukcesy zawdzięcza piłkarzom. Cel: uwolnić ich od lęku przed ryzykiem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej