„Jesteśmy Liverpoolem, jesteśmy inni” – przypomniał Jürgen Klopp w przededniu finału. On uwielbia podkreślać osobność drużyny, która m.in. polega na tym, że potrafi wszystko zepsuć i wszystko naprawić. Potrafiła jeszcze przed erą niemieckiego trenera, taki duch miejsca. Funduje fanom głównie skrajne doznania

Najpierw padł zatem w Kijowie bodaj najbardziej kuriozalny gol w historii finałów Ligi Mistrzów. Loris Karius – bramkarz Liverpoolu wielokrotnie wytykany palcami jako najsłabsze ogniwo zespołu – schylił się, wyciągnął ramię, rzucił piłką w but nadbiegającego Karima Benzemy. I napastnik, którego kibice Realu kochają nienawidzić, strzelił na 1:0. Gdyby taką scenę odstawiono w polskiej lidze, skończylibyśmy rechotać po Bożym Narodzeniu.

Liverpool wyciął absurdalny numer oczywiście po to, by po paru chwilach wyrównać. Dzięki Sadio Mané, który napadnie na Polskę razem z całą reprezentacją Senegalu na mundialu. Na razie gra wybornie, w Kijowie uderzył jeszcze w słupek.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej