– Przylecą, wylecą, jakby ich wcale nie było. Już przeżyłem mistrzostwa w 2012 r., mieliśmy się potem przyłączyć do Europy. A od tamtej pory zostaliśmy odłączeni – wzdycha Witalij, imiennik sławnego pięściarza Kliczki, obecnego mera Kijowa, który za chwilę odwiedzi i uroczyście pobłogosławi zorganizowany w sercu stolicy tzw. Champions League Festival. Imprezę teoretycznie składającą hołd wspaniałościom futbolu, w istocie klękającą przed sponsorami rozgrywek.

Kiedyś UEFA przejmowała od gospodarza finału – na eksterytorialną własność – tylko stadion, od pewnego czasu pożycza jeszcze kawał miasta. Tym razem odgrodziła długi na kilkaset metrów odcinek głównej alei Chreszczatyk, by w środku namioty rozbili jej, używając oficjalnego eufemizmu, „partnerzy biznesowi”. Gdybyśmy chcieli osiągnąć identyczny efekt w Warszawie, musielibyśmy na pięć dni wyłączyć z ruchu i oddać UEFA fragment Marszałkowskiej od placu Konstytucji do Rotundy.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej