Najsławniejszy nazywa się Mohamed Salah i bryka, zawsze sprintem, po prawym skrzydle. Im szybciej biegnie, tym bardziej nie gubi piłki, a ponieważ sprawniej kopie lewą nogą, to regularnie zbiega do środka boiska, żeby oddać stamtąd strzał. W ekstazę wprawia i kibiców Liverpoolu, którzy w popularnej przyśpiewce obiecują mu nawrócenie się na islam, i rodaków z Egiptu, którzy dopisywali jego nazwisko na kartach podczas niedawnych wyborów prezydenckich, i tłumy arabskich fanów z innych państw, którzy pielgrzymują pod kairski mural z jego wizerunkiem.

Król strzelców ligi angielskiej nie tylko bowiem rozbłysnął na megagwiazdę wszech czasów w ojczyźnie, on zaczął być serio wymieniany wśród pretendentów do Złotej Piłki. Tak spektakularnego snajpersko sezonu nie miał w XXI w. nikt z Afryki, nawet napastnicy Samuel Eto’o czy Didier Drogba.

Po przeciwległej liverpoolskiej flance hasa Sadio Mané, inny turbopiłkarz, który strzela rzadziej, ale radości z gry nie czerpie mniej, ponieważ – jak się zwierza – cały czas napędza go ochota, by podać piłkę Salahowi. Słowa potwierdza czynami, w całej lidze angielskiej nikt nie dał konkretnemu partnerowi więcej asyst niż Mané Egipcjaninowi. On pochodzi z kolei z Senegalu i na mundialu spróbuje skrzywdzić Polaków. O ile nie padnie, bo przez cały sezon mknie do utraty tchu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej