Z dorobkiem słynniejszego Realu nie może się oczywiście Atlético porównywać, bo silniejsi sąsiedzi w przywoływanym okresie aż trzykrotnie sięgali po trofeum najcenniejsze, przyznawane za triumf w Lidze Mistrzów. A wkrótce staną przed szansą, by unieść je po raz czwarty.

Biorąc jednak pod uwagę chaos, jaki panował niegdyś w Atlético, kibice są wniebowzięci, w trwającej dekadzie należą prawdopodobnie do najszczęśliwszych na świecie.

Styl zwyciężania niekoniecznie ich urzeka. Trener Diego Simeone wpoił bowiem podwładnym sposób gry krańcowo pragmatyczny, oparty na skrupulatności i cierpliwym wyczekiwaniu na błędy rywala. Dlatego rywalizować z madrytczykami to zadanie wyjątkowo niewdzięczne – wystarczy im skromne 1:0, by sprawiali wrażenie, że kontrolują sytuację na boisku totalnie.

Zaznali tej przykrości również piłkarze Olympique Marsylia, którzy finał zaczęli dobrze, po znakomitym kontrataku mogli nawet pierwsi zdobyć bramkę. Kiedy jednak pozwolili sobie na banalną wpadkę i po golu Antoine’a Griezmanna to oni przegrywali 0:1, zostali całkowicie obezwładnieni. Drużyna Atlético w takich okolicznościach niekoniecznie nawet dąży do podwyższenia wyniku, bo czuje się bezpiecznie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej