To kulminacja ostatnich dokonań Maradony, który po zejściu z boiska konsekwentnie dziwaczeje, próbując zahaczyć się gdziekolwiek i zbaczając w coraz bardziej egzotyczne futbolowo rejony. Niewykształcony, od zawsze otoczony próbującymi go wydoić cwaniakami jako niepiłkarz nie osiągnął niczego.

Do dyktatorów lgnął zawsze. Regularnie gościł u Fidela Castro, którego wytatuował sobie na lewej nodze i bronił przed potępieniem Komisji Praw Człowieka ONZ (nazwał jej członków zasrańcami), a jego przemówienia recenzował jako „lepsze niż Biblia”. Kumplował się z Hugo Chávezem, wenezuelskim zamordystą zaczytującym się w Leninie i Trockim, a następnie brał udział w kampanii wyborczej jego następcy Nicolása Maduro. Podarował koszulkę z numerem „10” – i dedykacją – Mahmudowi Ahmadineżadowi, irańskiemu przywódcy głośno nawołującemu do wymazania Izraela z mapy świata i negującemu Holocaust.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej