Faworyt decydującego starcia wydaje się oczywisty. Ba, teoretycznie czeka go wyzwanie mniej wymagające niż w obu poprzednich zwycięskich finałach, w których uporał się z Juventusem (2017) oraz madryckim sąsiadem Atlético (2016). Przecież tamci rywale ćwiczyli się w masowym wygrywaniu w Lidze Mistrzów latami, a Liverpool zaszalał dopiero teraz, po sezonach spędzonych daleko poza europejską elitą...

Ale to tylko teoria. W Kijowie madrytczycy zderzą się z drużyną obdarzoną niesłychaną swobodą strzelania goli. Tak niesłychaną, że bezprecedensową w całej historii Ligi Mistrzów. Dotąd najwięcej bramek w pojedynczej edycji – 44 – nazdobywała Barcelona, na przełomie wieków. Liverpool ma ich po półfinałach 45.

Tydzień temu rozbił Romę 5:2, więc do rewanżu powinien był przystępować stosunkowo spokojnie. I rzeczywiście, poważnego zagrożenia nie odczuł na Stadio Olimpico nawet przez chwilę, ostatniego gola stracił na sekundy przed ostatnim gwizdkiem. Ale to nie znaczy, że się wynudziliśmy. Wprost przeciwnie – ponieważ cała wiosna w Champions League wyłącznie nas zdumiewa lub wprawia w krańcowe emocje, to i tym razem musiało się dziać niesztampowo.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej