Real nie dotknął jeszcze porządnie piłki, a monachijczycy zdążyli już wykrzyczeć, że kiedy potrzebują wygrać – tydzień temu ulegli 1:2 – to nie onieśmielają ich nawet stadiony monumentalne jak Santiago Bernabeu. Błąd Sergio Ramosa, kop Joshuy Kimmicha, 0:1.

Wprawdzie gospodarze szybko się odkuli, ale potem znów, jak przed tygodniem w Monachium, to Bayern częściej wirował wokół wrogiego pola karnego. I początkowo znów nakręcał go Franck Ribéry, czyli piłkarz, który postanowił chyba, że nigdy nie zniedołężnieje. 35 lat to dla skrzydłowego wiek mocno schyłkowy, tymczasem Francuz wciąż zasuwa jak chłopiec. Owszem, mógł czasami wybrać bardziej rozważne zagrania, ale nawet kiedy mu nie wychodziło, to widzieliśmy, że w każdym momencie spod jego butów może wypaść podanie lub drybling rozstrzygający. Że Real nie zna dnia ani godziny.

Oni przystępowali do rewanżu w pełnym komforcie. Przynajmniej teoretycznie. Odkąd 29 miesięcy temu drużynę przejął Zinédine Zidane, nikt nigdy nie zdołał wyeliminować ich z Ligi Mistrzów. A próbowali wszyscy wielcy – od Juventusu i PSG, przez Atlético, po Bayern. Próbowali, często stawiali nawet twardy opór. Na próżno. Nawet gdy Real gra stosunkowo przeciętnie, to zwycięża. Choćby wskutek niesłychanych wpadek rywali – jak ta Svena Ulreicha, którego dała teraz madrytczykom gola na 2:1.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej