Drgania, które zarejestrowała aparatura Europejsko-Śródziemnomorskiego Centrum Sejsmologicznego – niczego tu felietonowo nie zmyślam – wywołał Kalidou Koulibaly, postawny senegalski piłkarz, który oderwał swoje 193-centymetrowe cielsko od ziemi w 90. minucie meczu z Juventusem, żeby walnąć w piłkę głową i wbić zwycięskiego gola. Bezcennego. Zrezygnowani już trochę fani Napoli znów ujrzeli realną szansę na zdobycie mistrzostwa Włoch. I od tamtej pory nie trzeźwieli – witali wtedy piłkarzy wielotysięcznie w środku nocy, wielotysięcznie żegnali ich w sobotę przed wyprawą na mecz do Florencji, zalali też miasto jazgotem samochodowych klaksonów, gdy Juventus tracił przedwczoraj gole w Mediolanie, podczas porywającego dreszczowca z Interem. Dostali kompletnego szmergla, gdyby turyńscy rywale kryli w sobie jakiekolwiek humanitarne odruchy, to by się mistrzostwa zrzekli – oczywiście potajemnie, niech neapolitańczycy fetują wiktorię uzyskaną w uczciwej sportowej walce.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej