Ogłaszając, że drużynę przejmie latem Niko Kovac, monachijczycy złamali regułę, której trzymali się przez całą bieżącą dekadę – ufali wyłącznie trenerskim gigantom opromienionym triumfem w Lidze Mistrzów, trofeum to w chwili podpisywania kontraktu miał w dorobku i Louis van Gaal, i Jupp Heynckes, i Pep Guardiola, i Carlo Ancelotti. Zarazem jednak zadziałali w swoim najlepszym stylu. Ogłosili decyzję możliwie najwcześniej, by wszyscy zdążyli się z nią oswoić, i znów przypomnieli, że kierują firmą w sposób uporządkowany, metodyczny, nadwątlający nadzieję rywali, że bawarski prymat da się kiedykolwiek obalić.

Wynajęli monachijczycy fachowca związanego z klubem (grał w nim dwa sezony) oraz regionem (urodził się Berlinie Zachodnim, ale jego rodzice przeprowadzili się do Monachium, gdzie mieszkają do dzisiaj), mimo pochodzenia regularnego Niemca (spędził tam całe życie z wyjątkiem kilku lat w Salzburgu), a nawet wpisującego się w pradawne tradycje. Gdy bowiem Bayern przed dekadami wpraszał się do Bundesligi, szatnią przez siedem lat rządzili trenerzy z Chorwacji – najpierw dobroduszny Zlatko Cajkovski, znany również pod poetycką ksywą „Niedopałek”, który zdobył pierwszy w dziejach Bayernu europejski puchar i doglądał talentów debiutujących za jego kadencji Franza Beckenbauera oraz Gerda Müllera, a następnie surowy Branko Zebec, który wyreżyserował pierwsze mistrzostwo Bundesligi.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej