Ta opowieść zaczyna się i kończy bezsennością.

Zaskakującą taktykę na rewanż z Katalończykami rzymski trener wymyślił w niedzielę o piątej rano, nazajutrz po porażce z Fiorentiną w lidze włoskiej. – Nie mogłem spać, a ponieważ jestem trochę wariatem, wstałem z łóżka i zacząłem rysować możliwe schematy gry, szukać sposobów, żeby wywrzeć na Barcelonie presję. I nagle mnie olśniło. Gdyby nie zadziałało, zabilibyście mnie – opowiadał dziennikarzom Eusebio di Francesco, który zrezygnował z typowego ustawienia z duetem skrzydłowych, by dryblasowatego Edina Dżeko wspierał inny wysoki napastnik Patrik Schick.

Zadziałało. Obaj nie tylko buszowali w ataku, ale jeszcze udzielali się w defensywie, uniemożliwiając faworytom wyprowadzanie piłki spod własnego pola karnego. Ten drugi sprawił, że Andrés Iniesta wyglądał jak skrępowany kaftanem bezpieczeństwa. I tym razem już połowa Rzymu zarwała noc. Otoczony przez kibiców właściciel klubu James Pallotta wykąpał się nawet w fontannie na Piazza del Popolo.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej