Ledwie piłka poszła w ruch, a City już zadało cios na 1:0. Akcję wykańczał Gabriel Jesus, podawał mu Raheem Sterling, cała drużyna wirowała po boisku tak, jakby na strzelenie przynajmniej trzech goli – tyle dawało im dogrywkę – miała kwadrans.

Ewentualnie w najgorszym razie – jakby chciała pożegnać się z Ligą Mistrzów w zapierającym dech stylu. Pep Guardiola wystawił skład ultraofensywny, bardziej brawurowy niż w jakimkolwiek meczu sezonu, sugerujący, że ryzykuje piękną katastrofę. Zwłaszcza w zderzeniu z Liverpoolem, zabójczo niebezpiecznym w kontrataku.

Trochę było w tym beztroski w duchu bohatera „Greka Zorby”, który tańczył i ze szczęścia, i wtedy, gdy był załamany. A trochę świadomości, że odrobienie strat wymaga środków nadzwyczajnych.

Działało. Przynajmniej przez 45 minut. Gospodarze oblegali wrogie pole karne i nawet jeśli akurat zdarzał im się okres bez groźnych strzałów, to widzieliśmy, że defensywa Liverpoolu może w każdej chwili zostać rozszarpana na strzępy. Zbyt wieloma City dysponuje piłkarzami, którzy dryblują jak natchnieni, potrafią w ułamku sekundy zrobić pajaca z najwybitniejszego obrońcy, fantastycznie uderzają nawet z dystansu. Jak Bernardo Silva, który trafił w słupek.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej