A kiedy Mohamed Salah skończył 14 lat i wstąpił do stołecznego klubu Al Mokawloon, wpadł w kierat: pobudka o siódmej, na dwie godziny do szkoły, cztery i pół godziny jazdy autobusem z trzema przesiadkami (!), trening, znów podróż, powrót do wioski pod Kairem o północy. I tak codziennie. Uczył się Momo marnie, ale ojciec pozwalał synowi poświęcać lekcje dla sportowej pasji – podzielał ją jako były piłkarz, w siłę odmieniającej los edukacji nie dowierzał.

Dzisiaj wiemy, że intuicja go nie zawiodła. Salah junior spełnia się nie tylko w barwach Liverpoolu; w reprezentacji Egiptu wprawia w ekstazę rodaków, którym pomaga również po zejściu z boiska; rozbłysnął na idola całego świata arabskiego, koszulki z jego nazwiskiem (w tamtejszym alfabecie) wyrywają sobie z rąk w Arabii Saudyjskiej, Omanie i Kuwejcie, w Maroku i Tunezji. Jego osiągnięcia z klubu obserwujemy na bieżąco – w lidze angielskiej nastrzelał już 29 goli i niemal na pewno wyśrubuje snajperskie statystyki do najlepszych tam od blisko ćwierćwiecza, drybluje jak nawiedzony, z Kevinem de Bruyne rywalizuje o tytuł gracza sezonu. Najwspanialsze chwile przeżył jednak Salah w kraju. Na aleksandryjskich trybunach bębniły w październiku serca 100 tys. fanów, gdy najpierw wbijał Kongu gola z akcji, a następnie dokładał – w 94. minucie! – kolejnego z rzutu karnego, podarowując Egiptowi pierwszy od 1990 r. awans na mundial.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej