Gospodarze dyszeli żądzą odwetu za klęskę (1:4) w ubiegłorocznym finale Ligi Mistrzów, ale ponieśli kolejną – tym razem w ćwierćfinale. Inaczej chyba być nie mogło.

Zanim minęły trzy minuty gry, Ronaldo pruł przez boisko w ekstazie. Wbił gola w dziesiątym meczu Ligi Mistrzów z rzędu, czego nie dokonał nikt wcześniej.

Gdyby nie skrzywdził tym ciosem Gianluigiego Buffona, można by powiedzieć, że odwdzięcza się za hymny na swoją cześć. Włoski bramkarz komplementował aktualnego – i prawie na pewno przyszłego – króla strzelców rozgrywek bez umiaru, przyznał nawet, że myśl o kolejnej konfrontacji wpędza go w bezsenność. Przesadził, ale zarazem wypada mu wierzyć. Nie ma bowiem nikogo, kto prześladuje Buffona z porównywalną bezwzględnością. W poprzednich meczach LM osiem strzałów na bramkę tego ostatniego przyniosło Portugalczykowi siedem (!) goli.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej