Do porównań uprawniają nas analogie, niekoniecznie odległe w czasie. Nieszczęśnicy, o których piszę, również dwukrotnie wykuwali medale mundialu – jak Polska, bawili się na Euro 2016 – jak Polska, przeżyli tam fazę grupową – jak Polska. Historycznie znaczą nawet więcej, bo zdobywali nie brązy, lecz srebra; ich porażkę w finale mistrzostw świata okrzyknięto megasensacją, właściwie pomyłką; w reprezentacji kraju mieli wówczas jedną z drużyn wszech czasów; tamtejsi trenerzy rozwozili po całej Europie kaganek piłkarskiej oświaty; w Ferencu Puskásu podziwiali bodaj najwybitniejszego środkowego napastnika w dziejach światowego futbolu (ponad 700 goli w karierze, Robert Lewandowski uzbierał dopiero połowę tego dorobku, choć latem dożyje trzydziestki). Supermocarstwo.

Ale od dawna na potęgę jedynie przegrywają. Owszem, przed dwoma laty wcisnęli się na mistrzostwa kontynentu, jednak to nie świadczyło o ich klasie, to był skutek regulaminowej reformy, która pozwoliła grać tam każdemu, komu się zachce. Węgrzy w eliminacjach partaczyli strasznie – z olbrzymim wysiłkiem przepchnęli Wyspy Owcze, skończyli w tabeli pod Irlandią Północną i Rumunią, w barażach wystarczyło im stuknąć Norwegię, zresztą w dwumeczu na poziomie niecieczańskich batalii Bruk-Betu z Sandecją. I kiedy wrócili z Euro (po 0:4 z Belgią!), ponownie zleźli na dno, w ubiegłym tygodniu po klęsce ze wspomnianym Kazachstanem skopała ich jeszcze Szkocja, w dodatku oba sparingi odbyły się w Budapeszcie. Reasumując: nikt pośród potentatów futbolu nie upadł aż tak nisko, kolejny etap staczania się to już chyba samolikwidacja.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej