Stał trener reprezentacji Polski w szkle, szkła było mnóstwo, wszędzie menzurki, kolby, probówki, rozmaite wkraplacze, niektórych naczyń nie umiałbym nazwać. Nawałka nalewał, dosypywał oraz wstrząsał z równoczesnym wciskaniem guzików, a także wypowiadaniem zaklęć, więc bulgotało, dymiło, Michałowi Pazdanowi chyba wyrastały dredy, Rafał Kurzawa niespodziewanie mieścił się w składzie na mecz z Senegalem, kontury trzyosobowego bloku defensywnego płynnie przeistaczały się w czteroosobowe, żeby za chwilę wykonfigurować się w pięcioosobowe. A nad wszystkim trwała burza mózgu.

Szczegółów nie podam, nie znam też składu ani właściwości substancji, które powstały. Nawałkę w sytuacji badawczej tylko wyśniłem, odurzony jego nagłą woltą z jesieni 2017 roku, kiedy postanowił wyrysowywać polską drużynę na nowo. Selekcjoner, któremu zarzucano postawę nazbyt konserwatywną – graniczącą ze wstrętem niechęć do zmian, zwłaszcza personalnych – wyrósł znienacka na eksperymentatora i utrzymał swój zapał wiosną, przekształcanie reprezentacji w fortyfikację nie do zdobycia ciągnie już trzy mecze. I choć wyniki wyglądają kiepsko (0:0, 0:1, 0:1), to zmierzamy w pożądanym kierunku, polscy piłkarze nie pozwolili rozwinąć skrzydeł ani Urugwajowi, ani Meksykowi, ani Nigerii.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej