Świat skoków narciarskich owładnęła moda na turnieje. Ku uciesze skoczków, którzy krezusami wśród sportowców nie są, a teraz mają okazję walczyć o coraz wyższe premie. Turniej Czterech Skoczni to impreza osobna. 66 lat tradycji zapisanych przez władców przestworzy tworzyło legendy. Pierwszy polski rozdział zapisał Adam Małysz po 49 latach, choć już 37 lat wcześniej Józef Przybyła był o skok od zwycięstwa. Wylądował jednak na kamieniu i nie zdołał utrzymać równowagi.

To, czego dokonał Kamil Stoch w ostatnich dwóch edycjach TCS, jest wyczynem z innego wymiaru. Jako dziewiąty skoczek w historii obronił trofeum i jako drugi wygrał cztery konkursy jednej edycji.

Przykład TCS zaraził innych. W 1997 roku Finowie, Norwegowie i Szwedzi powołali do życia Turniej Nordycki. Umarł po kilkunastu latach, nie zdobył renomy, dziś już nikt nawet nie pamięta, że rekordową liczbę razy (trzy) wygrał go Małysz. Przed rokiem Norwegowie wymyślili Raw Air, którego główną atrakcją była pula nagród sięgająca 100 tys. euro. Zwycięzca dostawał 60 tys., ponad trzy razy więcej niż w TCS (20 tys. franków). W Norwegii Stoch zarobił w dwa lata 90 tys. euro za drugą pozycję przed rokiem i pierwszą kilka dni temu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej