Dysproporcję wyznacza sporządzany przez firmę Deloitte ranking biznesowy, w którym kluby hierarchizuje się według przychodów. Manchester United mu lideruje, z 676,3 mln euro rocznych wpływów. I od lat rozrzuca po rynku transferowym najwięcej pieniędzy obok sąsiadów z City oraz Paris Saint-Germain, drużynę sponsorowaną przez katarski rząd.

Nie można ogłosić na pewno, że to wśród par 1/8 finału dysproporcja największa, ponieważ istnieją inne kryteria oceny potencjału klubu. Żadne nie ukryją jednak podstawowych faktów: Sevilla jak na wiosenne rundy LM przędzie cienko, cała jej kadra kosztowała mniej niż razem wzięci najdrożsi piłkarze wtorkowych rywali i zarazem rekordziści całej ligi angielskiej, Paul Pogba i Romelu Lukaku (około 190 mln euro).

Czytaj też: Jose Mourinho wynajęty przez Russia Today

Paradoks polega na tym, że Hiszpanie do awansu nie potrzebowali nawet wzbijać się na wyżyny. Przez 180 minut mierzyli się bowiem z drużyną, która wykazywała śladową ofensywną inicjatywę, manewrowała po boisku niespiesznie i wymieniając jałowe podania, sprawiała wrażenie przekonanej, że dotoczy się do ćwierćfinału samą siłą bezwładu potężnego klubu. Minimalizm i ostrożność graniczące z tchórzostwem. Skutek: marne cztery celne strzały w dwumeczu z Sevillą, która w lidze hiszpańskiej ma ujemny bilans bramkowy... Nic dziwnego, że długimi minutami publiczność na Old Trafford spoglądała na murawę w martwej ciszy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej