A jak Alpensia Jumping Park. Główna scena dramatu. Trzymaliśmy tam wartę przy skoczkach właściwie nieprzerwanie. Na początku była to scena wroga, mroźna, gdzie wiatr przeszywał do szpiku kości. W dodatku postanowił zdmuchnąć Stefana Hulę i Kamila Stocha z podium w konkursie na normalnej skoczni. Z czasem skoczkowie Stefana Horngachera zaczęli ją oswajać, więc temperatura odczuwalna znacząco się podniosła. Nasi sportowcy zdobyli tam wszystkie medale tych igrzysk. Więc nie będziemy jej źle wspominać.

B jak biatlonistki. Na zawodach biatlonowych byłem żółtodziobem, debiutantem. Koledzy z innych redakcji mieli ubaw, kiedy zadawałem im pytania. Kiedy jechałem do Pjongczangu, słyszałem, że nasze biatlonistki to miłe i inteligentne dziewczyny. To prawda. Ale też waleczne, jak przystało na kobiety z karabinem. Wywołały wojnę hejterom, niech się cieszy ten, kto nie był w zasięgu strzału. Do końca życia zapamiętam Weronikę Nowakowską wybiegającą w sztafecie jako pierwsza na ostatniej zmianie i późniejszy szekspirowski dramat. – Jestem pusty – wyznał trener Tobias Torgersen, gdy Nowakowska minęła jako siódma.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej