Kiedy się okazało, że na igrzyskach nie wystąpią zawodnicy NHL, w Rosji rozpoczęto operację „złoto w Pjongczangu”. Pierwsze od 26 lat, czyli od Albertville, kiedy triumfowała drużyna Wspólnoty Niepodległych Państw. Ligi KHL, drugiej pod względem poziomu na świecie, nie można było zawiesić, bo grały w niej drużyny z Białorusi, Łotwy, Kazachstanu, ze Słowacji, z Finlandii i Chin. Wyselekcjonowano więc grupę zawodników dwóch czołowych klubów – SKA Sankt Petersburg i CSKA Moskwa – uzupełniono ją dwoma hokeistami Mietałłurga Magnitogorsk, a terminarz ustawiono tak, żeby te drużyny przed turniejem i w czasie turnieju w Korei miały wolne.

Rosjanie wymarzyli sobie finał z Kanadyjczykami, dziewięciokrotnymi mistrzami. ZSRR i WNP, których spadkobiercą jest obecna drużyna, mają o jeden tytuł mniej. Sensację sprawili Niemcy, bijąc rekordzistów w półfinale (Kanada zajęła trzecie miejsce, Czechy czwarte). I byli blisko triumfu w spotkaniu o złoto, bo jeszcze minutę przed końcem prowadzili 3:2. W 60. min wyrównał Nikita Gusiew, a tuż przed końcem dogrywki Kiriłł Kaprizow wprawił Rosję w ekstazę. – Bóg dał nam złoto – stwierdził obrońca Aleksandr Zubariew.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej