Dariusz Wołowski: Kończą się pani czwarte igrzyska. Najtrudniejsze ze wszystkich?

Justyna Kowalczyk: Tak samo trudne były te w Turynie, ale niespodziewanie dobrze się skończyły, medalem. Tu też było bardzo ciężko. Włożyłam w przygotowania wszystkie siły, niczego nie zaniedbałam. Byłam bardziej profesjonalna niż kiedykolwiek. I nic. Gdy przyszło do startu w Pjongczangu, okazało się, że świat mi odjechał. Za daleko. Taka jest rzeczywistość.

Bardzo pani rozczarowana.

– No, a jaka mam być? Gdybym leżała na plaży i piła sobie piwo podczas zgrupowań, to teraz miałabym to, na co zasłużyłam. Tymczasem harowałam jak wół, zrobiłam wszystko, co kiedyś robiłam, gdy należałam do światowej czołówki, rywalizowałam z Marit Bjoergen i z wszystkim najlepszymi. Ale widać, to się skończyło. Poza Marit, narciarką wszech czasów, wszystkie starsze zawodniczki wykosił czas i młodzież. Mnie także. Przykre, ale tak to wygląda.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej