Dariusz Wołowski: Co się stało przez cztery lata z naszymi panczenistami? Były trzy medale w Soczi, teraz nie ma ani jednego. I tylko słychać o konfliktach zawodniczek z drużyny, która przywiozła brąz z Vancouver i srebro z Rosji.

Ewa Białkowska: W sporcie jak na giełdzie, są okresy wzlotów i spadków. Medalista olimpijski to już inny zawodnik niż ten, który jeszcze przed chwilą był głodny sukcesu. Nie chcę przez to powiedzieć, że nasi łyżwiarze zaniedbali treningi, bo pracowali przed Pjongczangiem bardzo ciężko. Według wypracowanych schematów i pomysłów, które sprawdziły się na poprzednich igrzyskach. Ale zawodniczki ze srebrnej drużyny chciały pójść w ślady Zbyszka Bródki. Skoro w drużynie były tak mocne, to pomyślały, że czas na sukcesy indywidualne. I z tą myślą pracowały przed Pjongczangiem. Startom indywidualnym podporządkowały przygotowania do igrzysk i pierwsze starty. Chciały spróbować pojedynczo, spróbowały. Nie wyszło. I w sztafecie też niestety nie, choć liczyliśmy nawet na kolejny medal.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej