Matthias Plachta (na zdjęciu w środku) promieniał. Wyglądał na człowieka, który za chwilę może wrócić na lód. Syn Jacka Płachty, reprezentanta Polski, a dziś trenera, urodził się w Fryburgu, w południowo-zachodniej części Niemiec. Z reprezentacją dotarł właśnie do finału i jak nam powiedział po zwycięstwie nad Kanadą, to najszczęśliwszy dzień w jego sportowym życiu.

Tęsknota za polskim hokejem. Od dekad trwa nieustanne spadanie

Niemieccy hokeiści zagrają o olimpijskie złoto pierwszy raz. Na turniej w Soczi się nie zakwalifikowali, wywalczyli dotąd dwa brązowe medale, w 1932 i 1976 roku. To, co się stało w Pjongczangu, przeszło wszelkie wyobrażenia. W cztery dni zagrali trzy mecze, pokonując Szwajcarię, Szwecję i Kanadę, w dwóch zwyciężając 4:3, w tym jeden – z finalistami sprzed czterech lat Szwedami – po dogrywce. – Kiedy dzieje się coś takiego, nie czujesz zmęczenia – tłumaczył Plachta, który wbił Kanadzie gola, a przy kolejnym jeden z kolegów skierował do bramki krążek po jego strzale. Mówiący po polsku Matthias był jednym z bohaterów spotkania.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej