W niedzielę o godz. 7.15 rano ostatnia biegowa konkurencja igrzysk w Pjongczangu, najdłuższy królewski dystans dla kobiet, 30 km, tym razem rozgrywany techniką klasyczną.

Takie maratony – u mężczyzn 50 km (o medale walczą w sobotę o godz. 6. rano) – wygrywali giganci: Bjoern Daehlie, Thomas Wassberg, Nikołaj Zimiatow, Gunde Svan, Władimir Smirnow. A wśród kobiet 38-letnia Marit Bjoergen, dziś najbardziej utytułowana zimowa sportsmenka w historii, oraz 35-letnia Justyna Kowalczyk, najwybitniejsza Polka w sporcie obok Ireny Szewińskiej. Nie chce powiedzieć, czy to jej ostatni olimpijski bieg w karierze, ale pewnie tak właśnie będzie.

Felietony Justyny Kowalczyk w Wyborcza.pl

Kiedy Marit wygrywała najdłuższy wyścig w Soczi, była w wieku dzisiejszej Justyny, co brzmi optymistycznie, a jednak jest zwodnicze. Zwodnicze, gdyż dzieli je wszechświat różnic. Na przykład otoczenie – Marit zawsze w grupie, Justyna zawsze samotna. Kultura sportowa – Marit jest ze świata biegów, z kraju, w którym jest więcej par nart iż Norwegów, Justyna jest sierotą w powszechnych sportach zimowych. Nauka – Marit jest oczkiem w głowie uniwersytetów i instytutów badawczych, Justyna jest oczkiem w głowie 71-letniego Aleksandra Wierietielnego, który od kilkunastu lat zajmuje się niemal tylko nią, a ona słucha tylko jego. Technika w klasyku – u Marit nowocześnie, krótki krok, krótkie dobicie, swobodna na zjazdach, u Justyny posuwiście, długi krok, jak biegało się kiedyś, niepewnie na zjazdach. Cud, że w tych okolicznościach przez kilka lat toczyły równorzędną walkę.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej