Oba medale w Pjongczangu wywalczyli dla Polski skoczkowie narciarscy i tylko oni wyzwolili emocje porównywalne do tych z czwartku. Sztafeta utrzymała widzów w stanie podwyższonego ciśnienia przez godzinę i kwadrans. Biatlonistki skończyły siódme, wyrównały najlepszy polski wynik w historii igrzysk w tej konkurencji, ale nie potrafiły się z tego cieszyć. Przyjechały walczyć o medal i przegrały go na ostatniej zmianie. Po pierwszych trzech prowadziły w wyścigu po złoto.

Na czwartej biegła Weronika Nowakowska. Do Korei leciała z hasłem: „do trzech razy sztuka”. Dwukrotnie do olimpijskiego podium zabrakło jej jednego celnego strzału więcej. Startu z Vancouver nie rozpamiętuje, bo piąte miejsce w biegu indywidualnym, w olimpijskim debiucie było wynikiem ponad jej oczekiwania. Do Soczi jechała już po medal, a wracała z szóstym miejscem w sprincie, ogromnym rozgoryczeniem i myślami o końcu kariery. Przez kolejne cztery lata te myśli nieraz wracały, choć osiągnęła też życiowy sukces – dwa medale MŚ 2015 w Kontiolahti. Rok później wywalczyła z koleżankami z kadry czwarte miejsce w MŚ w Oslo, będąc w trzecim miesiącu ciąży. Wszystko zaplanowała tak, by wrócić do Pjongczangu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej