Miało być po łotewsku, skoro Łotysze zbudowali szybko swoją bobslejową potęgę. W Soczi wzięli brąz w dwójkach i złoto w czwórkach, w Pjongczangu obronili w dwójkach trzecie miejsce. Polski Związek Bobslejów i Skeletonu zatrudnił łotewskiego trenera Janisa Mininsa, dwa lata temu kupił boba dla dwójki produkowanego przez łotewską firmę BTC. Polacy z pilotem Mateuszem Lutym trenują na łotewskim torze w Siguldzie. Ale tu analogie się kończą. Polska dwójka miała za zadanie walczyć w Pjongczangu o miejsce punktowane (1-8), tymczasem wylądowała na 24. pozycji.

Po igrzyskach w Soczi zaczynali od zera. Dwójki i czwórki były na 27. pozycji, co uznano za wynik fatalny, w dodatku na dopingu przyłapano Daniela Zalewskiego z czwórki. Nowy prezes Marek Wiśniowski namówił do współpracy trenera Andrzeja Żyłę, który kiedyś reaktywował bobsleje w Polsce. Kiedyś saneczkarz i bobsleista był olimpijczykiem w Innsbrucku w 1976 roku. On z kolei przekonał swojego wnuka Mateusza Lutego, żeby wrócił do startów i w Pjongczangu poprowadził dwójkę oraz czwórkę.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej