Tymczasem w Alpensia Jumping Park, gdzie na igrzyska w Pjongczangu wybudowano wspaniały kompleks dla skoczków, królowało echo pojedynczych głosów odbijających się od skał. Kiedy Andreas Wellinger świętował swój życiowy sukces na normalnej skoczni, na trybunach krzątali się już tylko ludzie sprzątający śmieci. Kamil Stoch tłumaczył to sobie wiatrem, mrozem i trwającymi ponad trzy godziny zawodami. Ale gdy tydzień później sam wygrywał na skoczni dużej, nie było ani wiatru, ani mrozu, ani ludzi. Wytrwały tylko małe grupki, które przyleciały z Polski czy z Norwegii.

To samo na trasach biegaczy, alpejczyków, minimalnie lepiej na biatlonie. W środę wybrałem się na hokejowy ćwierćfinał Czechy – USA, gdzie na trybunach było 80 proc. wolnych miejsc. Wieczorem hala była tak samo pusta podczas starcia Kanadyjczyków z Finami.

Koreańczycy nie rozumieją tych sportów. Ich domena to short-track, łyżwiarstwo szybkie, figurowe. Ale Pjongczang i stojący za jego kandydaturą cały kraj startował do przetargu o zimowe igrzyska trzykrotnie. Decyzja była więc chyba głęboko przemyślana. Przygotowania pochłonęły setki milionów wonów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej