Dariusz Wołowski: Kiedy przypominam sobie, jak szaleliście z radości po zdobyciu medalu mistrzostw świata w Val di Fiemme w 2013 roku albo po złocie w Lahti przed rokiem, mam wrażenie, że ten brąz igrzysk w Pjongczangu przyjęliście jak rutyniarze. Dostaliście po prostu to, co się wam należało?

Maciej Kot: Nasze reakcje wynikały z przebiegu rywalizacji. Po pierwszej serii wypracowaliśmy prawie 50 pkt przewagi nad czwartą w klasyfikacji Austrią, więc medalu byliśmy pewni. W drugiej podjęliśmy walkę o złoto, bo była na to szansa. Srebro znajdowało się na wyciągnięcie ręki do ostatniego skoku Kamila Stocha. Nie udało się, więc pierwsze uczucie było takie, że nam coś uciekło. Ale zapewniam, że ten medal olimpijski smakuje słodko. Dla mnie to być może coś najcenniejszego.

Uchodzi pan za zawodnika ambitnego i niecierpliwego, który chciałby wygrywać natychmiast. Życie uczy pokory?

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej