Agencje AFP i Reuters piszą, że to jedna z olimpijskich sensacji wszech czasów. I nie przesadzają, triumf Czeszki należy do tej samej kategorii, co triumf greckich piłkarzy na mistrzostwach Europy w 2004 r. i zwycięstwo amerykańskich amatorów z hokeistami z ZSRR na igrzyskach w Lake Placid w 1980 r.

Jej w ogóle nie powinno tam być. Ester Ledecká to snowboardzistka, mistrzyni świata w slalomie równoległym, dwukrotna triumfatorka Pucharu Świata. Do Pjongczangu przyjechała po złoto w snowboardzie. W narciarstwie alpejskim chodziło o sam występ. O to, by udowodnić, że można. Wydarzeniem było samo to, że zdołała się zakwalifikować do rywalizacji na nartach. Nikt wcześniej nie wystąpił na igrzyskach i w snowboardzie, i w narciarstwie alpejskim.

Wszystko o igrzyskach w Pjongczangu

Nic zresztą nie zapowiadało, że stać ją na coś więcej. W alpejskim Pucharze Świata nigdy nie zajęła miejsca wyższego niż 19., w klasyfikacji generalnej jest dopiero 43. A dwa dni temu zajęła dopiero 23. miejsce w gigancie. W supergigancie wystartowała na nartach pożyczonych od Mikaeli Shiffrin – Amerykanka tę konkurencję odpuściła. Ale wciąż nic nie zapowiadało sensacji. W sobotę Ledecká startowała dopiero z 26. miejsca, kiedy wszyscy myśleli, że medale są już rozdane. Dosłownie. Stacja NBC zdążyła już ogłosić, że na podium staną Anna Veith (Austria), Tina Weirather (Liechtenstein) i Lara Gut (Szwajcaria).

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej