– Nie mogę panu powiedzieć, że mistrz olimpijski nie ma szans na obronę tytułu, bo mimo trudności wszyscy gorąco w Zbyszka wierzymy – mówi Ewa Białkowska, dziś dyrektor sportowy Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego, a przed ośmioma laty trenerka zespołu dziewczyn, który zdobył w igrzyskach w Vancouver brązowy medal.

Rewelacyjny bohater igrzysk w Soczi Zbigniew Bródka spełnił w Pjongczangu marzenie. Był chorążym ekipy na ceremonii otwarcia, tak jak chciał wnosił na stadion flagę narodową, wprowadzał na defiladę kolegów. To było coś, co wyśnił sobie lata temu.

Dziś broni tytułu mistrza olimpijskiego sprzed czterech lat w wyścigu na dystansie 1500 m. Staje do rywalizacji w teoretycznie znacznie trudniejszej sytuacji niż w Soczi, gdy był w ścisłej czołówce Pucharu Świata.

Ten sezon jest dla Bródki trudny. Przygotowania storpedowała kontuzja, a potem jego trener miał wypadek. 10 maja 2017 r. Witold Mazur, jadąc rowerem, został potrącony przez samochód. A przecież to największy fachowiec, także od sprzętu. To on jeździł do fabryki i wybierał kadrze płozy do łyżew przed startem w Soczi, ale takich jak te stare nie znalazł. W końcu po nieudanym starcie na 1000 m Bródka zmienił nowe płozy na stare. Właściwie na przedpotopowe jak na łyżwiarskie standardy, bo czteroletnie. I to był strzał w dziesiątkę.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej