Psychiatryczny seans, jaki odbywa się zaraz po porażce, sprawia, że porażki bywają u nas ciekawsze niż sukcesy, że przeżywanie porażek sprawia perwersyjną przyjemność, ja nawet podejrzewam, że nadwiślański kibic woli potarzać się w klęsce, niż opiewać monumentalny triumf. Zwłaszcza w klęsce jak sobotnia, poniesiona przez skoczków narciarskich – możemy wrzasnąć, że zdrada, oskarżyć wrogów o wymierzony w Polskę spisek, poczuć moralną wyższość z domieszką martyrologii, która smaczniejsza jest niż złoto. Uczta.

Alternatywna interpretacja konkursu w Pjongczangu owszem, istnieje. Oto fatalna pogoda nie sprzyjała nikomu, walka z wiatrem była wspólnym losem wszystkich skoczków; pech dopadł Polaków w drugiej serii, ale też najpierw fart wyniósł jednego z nich na pozycję lidera w pierwszej serii; choć rywalizację obwołano loterią, to rozstrzygnięcia wcale nie wyglądają sensacyjnie i przypadkowo, przeciwnie, w czołowej szóstce znalazło się aż pięciu zawodników z czołowej szóstki klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, jedyne nazwisko spoza elity należało do Stefana Huli; nasza drużyna skarżyła się na warunki po zawodach, ale w trakcie zawodów nie żądała ich przerwania; wśród sędziów był nasz rodak Ryszard Guńka i gdyby zamiast noty 18,5 wystawił za drugi skok Kamila Stocha notę 19, to Polak wziąłby brąz. Oczywiste, prawda? Ta wersja wydarzeń ma jednak fundamentalną wadę: brzmi niezbyt heroicznie, redukuje rozpalające naród emocje do prostej refleksji, że nasi bohaterowie skakali tym razem ciut słabiej niż rywale.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej