– Mam siną rękę, choć biegłam w rękawiczkach – mówiła Justyna Kowalczyk korespondentowi Wyborcza.pl Dariuszowi Wołowskiemu po sobotnim biegu łączonym na 15 km. Polskie biathlonistki narzekały, że przez zimno zamarzają karabiny. – Na górze było lodowato. Lodowato – narzekał austriacki skoczek Michael Hayböck. A nasz Stefan Hula odpowiadał na pytania dziennikarzy – dosłownie – szczękając zębami.

Sobotni konkurs na skoczni normalnej trwał trzy godziny, był wielokrotnie przerywany przez wiatr. Ziąb na skoczni był trudny do wytrzymania, czekającego na skok Simona Ammanna organizatorzy okrywali kocem. Zimna nie wytrzymali kibice, gdy konkurs się zakończył, trybuny były już puste.

Na to, że pogoda może w Korei przeszkadzać sportowcom, zanosiło się jeszcze przed startem zawodów. Średnia temperatura w lutym w Pjongczangu wynosi -11 stopni Celsjusza. Ostatni raz w mieście o tak niskiej temperaturze igrzyska zorganizowano 24 lata temu w Lillehammer. Zimniej było w Lake Placid (1980), gdzie średnia wynosi -13 stopni.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej