Adam Małysz kipiał z wściekłości. Klął na sędziów i pytał, co to miało wspólnego ze sportem? Wiatr był tak silny, że czterokrotnego mistrza igrzysk Simona Ammanna sędziowie wycofywali z belki pięciokrotnie. Ktoś nakrywał go kocem, ale Szwajcar kostniał z zimna. - Nogi robią się w takiej sytuacji jak z betonu. I jak tu skakać, jak walczyć o dobre miejsce? - pytał Małysz. Tłumaczył, że trzeba było puścić przedskoczka, a 36-letniemu Ammannowi dać czas na ponowną rozgrzewkę.

Małysz pyta dlaczego?

- Dlaczego sędziowie nie przenieśli konkursu na niedzielę lub inny dzień, przecież treningi na dużej skoczni zaczynają się dopiero w środę? Było dość czasu - skończył Małysz.

Torpedowany przez wiatr konkurs trwał 3,5 godziny. Zaczął się w sobotę o 21,30 czasu koreańskiego, a zwycięzca Andreas Wellinger wzniósł triumfalnie ręce dopiero w niedzielę. Po skokach Kamila Stocha i Stefana Huli, którzy prowadzili po pierwszej serii. To był pierwszy przypadek w historii konkursów olimpijskich, gdy dwóch polskich skoczków zajmowało miejsca na szczycie. Obaj z niego spadli w drugiej serii.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej