On też miał kiedyś w szatni i Łukasza Fabiańskiego, i Wojciecha Szczęsnego, w dodatku obaj polscy bramkarze wodzili za nim maślanymi oczami, zwłaszcza ten drugi traktował francuskiego trenera jak guru, widział w nim sportowego ojca, centralną figurę w ukochanym Arsenalu. Obu naszych golkiperów Wenger się jednak pozbył i został ze stetryczałym Petrem Czechem jak Himilsbach z angielskim, a nawet gorzej – między słupkami londyńskiej drużyny stoi dzisiaj bramkarz, który nie nadąża, sadzi grube błędy, broni czasami na poziomie nieakceptowalnym w czołówce ligi angielskiej. I kibice Arsenalu, którzy wylewają frustrację w internecie, gromadnie płaczą za Polakami. Łkają, ilekroć usłyszą o kolejnym znakomitym popisie Fabiańskiego bądź Szczęsnego, czyli łkają co rusz, bo nasi bramkarze dzielą w tym sezonie swoje mecze na dobre, bardzo dobre i rewelacyjne.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej