Wojciech Szczęsny stoi między turyńskimi słupkami od 900 minut. Spędził tam cały grudzień i styczeń, w 10 meczach puścił tylko jednego gola. Nie ma innego bramkarza z takim bilansem w czołowych klubach Europy. Nie ma nikogo z choćby zbliżonym. Nawet Barcelona – nietykalna, w lidze hiszpańskiej niepokonana – straciła na identycznym dystansie aż cztery bramki.

Reagować na strzały rywali Polak musi rzadko. W sobotnim meczu z Chievo Werona zdarzyło mu się to dwukrotnie, we wcześniejszym z Genoą – wcale. Gdy jednak interweniować musi, czyni to nienagannie, a w razie potrzeby z błyskiem. W grudniu tyle razy pomagał Juventusowi wygrywać, że kibice wybrali go na piłkarza miesiąca w Turynie.

Podpisując kontrakt, inwestował w przyszłość. Sądziliśmy, że sporo ryzykuje w sezonie przedmundialowym – przy Buffonie, czyli żywej legendzie, skazywał się na rólkę rezerwowego, więc odbierał sobie szanse na wygranie rywalizacji z Łukaszem Fabiańskim o miejsce w podstawowym składzie reprezentacji Polski. Pomogła mu jednak kontuzja łydki Włocha. I w lidze rozegrał dotychczas więcej meczów (12) niż kapitan turyńczyków (10), czego nie dokonał żaden rezerwowy bramkarz Juve od 2010 r. Wtedy Buffon zmagał się z urazem kręgosłupa, który groził mu przewlekłym bólem i koniecznością częstych przerw w treningach. Lekarze nazywali wyniki badań „niszczycielskimi” i obawiali się, że los zmusi go do rychłego zakończenia kariery.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej