– To miłość – mówi Marcelina Hula, żona Stefana, starając się opisać relacje między mężem i skokami narciarskimi. Po brązowym medalu w konkursie drużynowym mistrzostw świata w lotach 31-letni zawodnik z trudem wypowiadał słowa. Głos mu się łamał ze wzruszenia, nie potrafił zapanować nad emocjami. Tyle się ich zebrało przez te wszystkie lata. – To było tak bardzo wypracowane, wyczekane i pierwsze, że wszyscy byliśmy pod ogromnym wrażeniem – mówi żona, która oglądała konkurs u teściów.

– Jak zareagowałem? Łzami szczęścia – opowiada ojciec skoczka. – Trzeba mieć marzenia, cierpliwość i wierzyć. Stefan wierzył. A my w niego.

Stefan Hula. Marzenia, a nie oczekiwania

Stefan Hula jest synem Stefana Mariana Huli, który w 1974 r. na mistrzostwach świata w Falun zdobył brąz w kombinacji norweskiej. Wystąpił także na igrzyskach olimpijskich w Sapporo i Innsbrucku, zajmując miejsca w drugiej dziesiątce. Stefan senior był już na sportowej emeryturze, gdy jego syn zaczynał skakać w klubie BBTS Bielsko-Biała. – Byłem tam trenerem, pracowali u nas wtedy także Tadeusz Pawlusiak i Piotr Fijas – wspomina ojciec. Pierwsze narty kupił Stefkowi, gdy syn miał ledwie dwa lata. Stefan junior przypinał je do stóp, chwytał kijki i chodził po domu. Zanim wyszedł na śnieg.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej