Wielki transparent poświęcony Stochowi górował nad Nordic Park, placem w centrum Oberstdorfu, gdzie odbyła się ceremonia wręczania medali. Tuż obok kościoła Świętego Jana Baptysty i kaplicy z tablicami upamiętniającymi mieszkańców miasta, którzy zginęli w I i II wojnie światowej. W sobotnią, deszczową noc polscy kibice przeżywali tam kolejny magiczny moment. Ich ulubieniec stawał na podium piątej wielkiej imprezy w skokach – ostatniej, która mu się opierała.

Stoch przełamywał następny stereotyp. Jeszcze dwa lata temu, gdy pytano Adama Małysza, dlaczego pozostaje jedynym Polakiem na liście triumfatorów Turnieju Czterech Skoczni, musiał tłumaczyć, że to impreza zbyt intensywna, wyczerpująca i trudna. Ostatnio Kamil zapisał w niej własny rozdział: dwóch kolejnych zwycięstw, w tym tego sprzed kilkunastu dni, gdy jako drugi po Svenie Hannawaldzie wygrał wszystkie cztery konkursy.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej