Rozmowa z Adamem Małyszem, dyrektorem PZN

Dariusz Wołowski: Raz na jakiś czas, czyli tak jak teraz przed MŚ na mamucie w Oberstdorfie, powraca pytanie: „Czy polscy skoczkowie są lotnikami”?

Adam Małysz: Długo pokutował stereotyp, że nie są. Wciąż mamy tylko jeden medal MŚ w lotach, brąz z 1979 r. Piotra Fijasa. Ja nie mam dobrych wspomnień z tej najbardziej prestiżowej imprezy w lotach. W 2010 roku byłem w bardzo dobrej formie, w Planicy długo trzymałem się podium, ale wylądowałem na czwartym miejscu. Na domiar złego następnego dnia powtórzyliśmy ten wynik w drużynie.

Ale to nie znaczy, że latać nie lubiłem. Lubiłem i umiałem wygrywać na mamutach: w Harrachovie, na Kulm czy w Planicy. W sezonie 2006/07 byłem nawet najlepszym lotnikiem w PŚ, wcześniej zajmowałem w tej klasyfikacji miejsca drugie i trzecie. Na pytanie: „czy Małysz był lotnikiem”, odpowiem tak: „kiedy był w formie, latał daleko”. To samo dotyczy Kamila Stocha, Piotrka Żyły, Maćka Kota, Dawida Kubackiego. Kiedy są w gazie, rywalizują z czołówką także na mamutach. Co było w ubiegłym sezonie? W Vikersund Maciek, Piotrek i Dawid poprawili życiowe rekordy. Dwaj pierwsi odlecieli poza granicę 240 m, Kubacki skoczył ponad 230 m. Ilu zawodników na świecie skacze tak daleko? Kamil jest rekordzistą planickiej Letalnicy, gdzie uzyskał 251,5 m. No i niech ktoś powie kategorycznie, że Polacy lotnikami nie są.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej