– Znam Eduardo da Silvę od 15. roku życia. To wciąż piłkarz o olbrzymich umiejętnościach – powiedział trener Legii Romeo Jozak klubowej stronie internetowej. 34-letni napastnik w czwartek rano przejdzie testy medyczne. Niedawno rozwiązał umowę z Atlético Paranaense, więc mistrzowie Polski nie zapłacą za niego ani grosza.

Dekadę temu Eduardo był zawodnikiem znakomitym. W 2007 r. w 47 meczach strzelił 47 goli, a Arsenal zapłacił za niego 7,5 mln funtów. Chorwaci widzieli w nim piłkarza, który latami będzie trafiał w reprezentacji. Eduardo, choć urodził się i wychował w Rio de Janeiro, w wieku 16 lat wylądował w Zagrzebiu. Spędził tam osiem lat, po trzech dostał obywatelstwo, potem ożenił się z Chorwatką. Kibice go pokochali, na podwórkach Zagrzebia „Dudu” był wówczas bardziej popularny niż Kaká.

Tę opowieść przerwała ciężka kontuzja z lutego 2008 r. Obrońca Birmingham Martin Taylor wjechał wyprostowaną nogą w Chorwata. Ten padł na murawę, a kiedy spojrzał na nogę, zemdlał z bólu i przerażenia. Lekarze musieli mu podać tlen. Piłkarz wrócił na boisko po roku, ale już nigdy nie wspiął się na taki poziom jak wcześniej. Zdobywał później bramki w Szachtarze Donieck i Flamengo, świętował krajowe trofea, występował w Lidze Mistrzów. Ale w najlepszym sezonie po odejściu z Dinama strzelił 18 goli (w sezonie 2015/16 dla Szachtara). – Gdyby kontuzja w Arsenalu nie zahamowała jego kariery, to dzięki wielkiemu talentowi i brazylijskiej pasji, w połączeniu z europejską mentalnością, zostałby jednym z najlepszych napastników świata – mówi dziś Jozak.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej