To był pierwszy finał Ligi Mistrzów nad Zatoką Perską. Przeniesiono go z Kijowa pod pretekstem eskalacji konfliktu Ukrainy z coraz agresywniejszą Rosją, ale wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z prawdziwych intencji działaczy UEFA, hojnie sponsorowanych przez darczyńców z regionu ropą i gazem płynącego. Ponieważ o najważniejsze trofeum miały grać kluby państwowe – Paris Saint-Germain kierowane przez ministra rządu katarskiego Nassera al-Khelaifiego oraz Manchester City kierowany przez wicepremiera w rządzie Zjednoczonych Emiratów Arabskich, szejka Mansoura – uradzono, że obywatelom tamtych państw nie należy odbierać przyjemności z oglądania piłki nożnej na najwyższym poziomie tylko dlatego, że mieszkają w Azji. Kto płaci, ten powinien coś dostać. Finał rozbito więc na dwumecz rozegrany w Dausze i Abu Zabi.

To wersja nieoficjalna, ale bardziej wiarygodna niż oficjalna, zresztą finał spowijało mnóstwo tajemnic. Czy Neymar na pewno strzelił samobója niechcący? Strzał był zbyt precyzyjny, żeby całkiem odrzucić zakulisowe sugestie, jakoby Brazylijczyk z premedytacją zaszkodził własnej drużynie i doprowadził do dogrywki – nie mógł bowiem znieść myśli, że paryżanie wygrają dzięki zwycięskiemu golowi Edinsona Cavaniego. I trudno mu się dziwić, to byłby zgrzyt, nietakt i smrodek jak po bąku puszczonym przy kolacji, gdyby mistrzem ceremonii w finale Champions League nie został piłkarz kupiony za ćwierć miliarda euro, lecz jakiś urugwajski pętak za 64 miliony.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej