To był pierwszy finał Ligi Mistrzów nad Zatoką Perską. Przeniesiono go z Kijowa pod pretekstem eskalacji konfliktu Ukrainy z coraz agresywniejszą Rosją, ale wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z prawdziwych intencji działaczy UEFA, hojnie sponsorowanych przez darczyńców z regionu ropą i gazem płynącego. Ponieważ o najważniejsze trofeum miały grać kluby państwowe – Paris Saint-Germain kierowane przez ministra rządu katarskiego Nassera al-Khelaifiego oraz Manchester City kierowany przez wicepremiera w rządzie Zjednoczonych Emiratów Arabskich, szejka Mansoura – uradzono, że obywatelom tamtych państw nie należy odbierać przyjemności z oglądania piłki nożnej na najwyższym poziomie tylko dlatego, że mieszkają w Azji. Kto płaci, ten powinien coś dostać. Finał rozbito więc...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej